O lecie w stolicy, o fali upałów, o patodomach i pomyśle na nową książkę.


Dzienniki, które czytasz to zapiski fragmentów mojej uchwyconej codzienności i przemyśleń, pisanych z nutą nostalgii, czasem z odrobiną humoru, a czasem całkiem serio. Towarzyszą mi przyroda z grzybami na czele, ruch i kuchnia jako nieodłączne elementy mojego tak zwanego życia.


Piątek, 2 lipca 2026, Warszawa

Mieszkamy już nad rzeką. Jeszcze do wczoraj trwała na Mazowszu niekończąca się fala upałów ze średnią dobową 30 stopnie C w lesie. W Warszawie 33-34 stopnie. Susza w rozkwicie. Przyjechałam na trzy dni do stolicy. I tu skórę pokrytą mam bez przerwy kropelkami potu, a właściwie kroplami. Po raz kolejny uczciwie napiszę, że nie lubię lata, że lato to moja najmniej ulubiona pora roku. Upały i widok znikającej wody są gorsze niż deszcze, mrozy i niskie temperatury. Choć tak sobie myślę, że widok wysuszonej rzeki w grudniu zasmuca mnie doszczętnie, zapewne bardziej niż latem. I takie czasy nadchodzą. Na przekór faktom o hydrologicznej suszy, ku uciesze wszystkich przeciwników zmian klimatu, przez Warszawę przeszła w nocy potężna ulewa, a gdzieś opodal miasta waliły pioruny jeden za drugim. Mocna to była symfonia, bo aż mnie obudziła. Krople potu zniknęły. Burza i nawalne deszcze są dla wielu ludzi dowodem na brak ocieplenia klimatu. O losie, jak można być tak krótkowzrocznym. Musi wody w kranie zabraknąć. I to przyjdzie. Oczywiście wody nie będzie w kranach nie dlatego, że zabraknie wody na naszej planecie, tylko dlatego, że poziom wód gruntowych drastycznie spadnie (już spada), bo siądą urządzenia, które wodę pompują, zawiodą systemy, bo nie istnieje zrównoważone korzystanie z zasobów, bo w czasie suszy zapotrzebowanie na wodę do nawadniania pól uprawnych jest większe, bo nikt wystarczająco nie edukuje w temacie oszczędzania wody, retencji i mikroretencji… Pętla się zamyka. Miasto jest nadal ciemne, a wieś jeszcze ciemniejsza, większość rolników wciąż powiela utarte schematy i nie widzi dalej poza koniec swoich nosów. Bo przecież tamy bobrowe to samo zło i trzeba je likwidować, by nie zalało pól uprawnych. Czy naprawdę w czasach utraty słodkiej wody trzeba się o to martwić? O zalanie skrawka pola? Niech to głośno wybrzmi – wątpliwego zalania pola. Bobry powinny być nasza dumą narodową, bohaterami małej retencji. Każdego dnia widzę co dzieje się wokół mnie, gdy żyję poza miastem i jestem załamana. Nie wiem co gorsze.. osuszanie pól uprawnych czy budowanie kolejnych patodomów na kolejnych wylesionych obszarach pozamiejskich. Krajobraz leśny w Polsce znika i ten proces wydaje się nie zatrzyma. Zalewa nas beton i sklonowane domy z szarymi dachami, bez drzew, za to koniecznie z tujami i skoszoną pod linijkę jaskrawozieloną trawą. Gdzie się podziały siedliska, wsie z lipami na podwórkach i dziewannami na froncie domów? Czemu ludzie nie chcą remontować starych chat już stojących w lesie, a zamiast tego kupują ohydnego betonowego kloca z widokiem na sąsiadujący z każdej strony inny kloc-bliźniak, bez drzew wokół, bo te zostały wycięte by osiedle mogło powstać? Nie znam żadnej sensownej odpowiedzi poza pułapką konsumpcjonizmu, w która chętnie wpada większość ludzi.

*

Pomiędzy stomatologami i sprawami, które miałam do załatwienia w mieście znalazłam czas na rower. Las Kabacki jest piękny, ale jakoś tak w nim cicho było. W drodze powrotnej natrafiłam na dziewannę, już w pełnym rozkwicie. Jedne z moich ulubionych letnich kwiatów. Bo tylko za to lato ma miejsce w moim sercu – za bujną roślinność, za jej kolory, kwiaty i owoce, które daje. Tak poza tym od lipca do sierpnia mogłoby dla mnie nie istnieć, bo nawet ptaki już milkną. Dlatego czekam na wrzesień i wszystkie grzybowe plany które uśmiechają się do mnie z kalendarza.

Lato to dla mnie dobry czas na pisanie książek, a ponieważ tydzień temu skończyłam zbiór czterech opowiadań dla Greenpeace pozostaje mi zasiąść do kolejnej książki. Plan już jest. Czas na powieść, której zarys zrodził się w mojej głowie kilkanaście lat temu. Oby tym razem wystarczyło mi silnej woli.

Dziewanna

Napisz komentarz