poniedziałek, 10 listopada 2025, Warszawa
#Codziennadawkagrzybów Dzień 312/365
Poranek zaczęłam od prasówki. Prenumeruję obecnie dwa miesięczniki. Pismo – magazyn opinii i Magazyn Vege. Ach przepraszam, jest jeszcze wspaniała Grzyboteka, której życzę z całego serca by przetrwała wydawniczy kryzys, z którym obecnie się zmaga. Oczywiście to nie jest tak, że jednego dnia siadam i czytam po kolei wszystko od deski do deski. Czytając książki i pisząc muszę rozkładać sobie „lekturę gazetową” na cały miesiąc. I tak na przykład dopiero dziś sięgnęłam po Vege. Na pierwsze czytanie zawsze idzie felieton profesor Joanny Hańderek. Czekam na jej teksty o ciężkim losie zwierząt z niecierpliwością. Hańderek pisze zawsze w punkt, zawsze w obronie krzywdzonych przez człowieka zwierząt. Rzadko ktoś tak precyzyjnie i trafnie, a jednocześnie z pokładami czułości i empatii pisze o losie tych, co głosu nie mają. Hańderek to mistrzyni słowa, od której zaszczyt czerpać inspirację i naukę wyrażania myśli. Daleko mi do jej umiejętności. W swoim najnowszym tekście pt. „Homo egoisticus” filozofka trafnie definiuje człowieka, którego codzienne postępowanie jak kropla drąży skałę pogłębiając kryzys klimatyczny. Zacytuję jeden z wielu ważnych fragmentów, bo warto:
„W pakiecie ewolucyjnym człowiek dostał bardo dużo. Ma oddanie, miłość, empatię, wybaczenie, mądrość. Ma też egoizm, który jest tym, co wyróżnia nas w świecie zwierząt. Dla wielu filozofów człowiek był kiś więcej, nazwaliśmy nasz gatunek dumnie homo sapiens, zamazując fakt, że tak naprawdę jesteśmy homo egoisticus. (…) Jesteśmy zwierzęciem, który wykorzystuje inne zwierzęta, a od czasów pojawienia się hodowli wielkopołaciowych straciliśmy umiar. Nie wiemy, ile co roku marnujemy mięsa, szacuje się jednak, że jest to około 52 mln ton. Do tego należy doliczyć jakieś 12 procent zmarnowanych kilogramów tuż po zabiciu zwierzęcia i jeszcze przed dystrybucją jego ciało jako produktu. Zwierzęta liczy się na kilogramy, tony, nie w tym oczywiście ani słowa o cierpieniu, odebraniu życia, uprzedmiotowieniu ani o koszmarnych warunkach, w jakich muszą żyć te niewinne istoty.”
Te zdania bardzo ze mną rezonują. Zagalopowaliśmy się w naszym szowinizmie gatunkowym. Uczyniliśmy sobie Ziemię poddaną bardzo dosłownie. Biorąc tylko jedno zdanie z jednej książki do serca, podporządkowaliśmy mu ostatnie 2000 lat życia. Okazaliśmy się dziwnym gatunkiem o skrajnych cechach, zdolnym do robienia wielu pięknych rzeczy ale i niezliczonych krzywd, zadawania bólu i cierpienia. Nasze działania pokazują, że choć zostaliśmy obdarzeni intelektem, to w wielu aspektach brak nam inteligencji jeśli robimy tyle złego planecie i innym jej mieszkańcom, w efekcie szkodząc sobie samym.
Dużo dziś myślałam o teraźniejszości, o naszej przyszłości, o naszych dzieciach i ich dzieciach, jak zaszczepić w nich nadzieję na lepsze czasy, jak zaszczepić w nich potrzebę ochrony natury, dbania o dziką przyrodę, o bioróżnorodność. I wniosek miałam jeden – trzeba pomóc im poczuć się ważnymi, dać wiarę w to, że warto i że mogą coś zmienić, czemuś się sprzeciwić, coś naprawić, obronić własne przekonania, ochronić jakieś drzewo, ocalić czyjeś życie. I nigdy nie przestawać wątpić w dobro i robienie dobrych rzeczy tylko dlatego, że obok ciebie jest ktoś kto postępuje źle.
I czas na to nie będzie jutro, za rok, za dziesięć lat. Czas na to jest właśnie w tym momencie.
Więcej z serii „Dziennki” przeczytasz tu





