Dzienniki, które czytasz to zapiski fragmentów uchwyconej codzienności i przemyślenia spisywane z nutą nostalgii, czasem z odrobiną humoru. Towarzyszą mi przyroda z grzybami na czele, ruch i kuchnia jako nieodłączne elementy mojego tak zwanego życia.
Dziś o poranku z ptakami, ich dokarmianiu i o mojej niezwykle gorzkiej relacji z lakownicą lśniącą.
Niedziela, 11 stycznia 2026, Warszawa
4:45. Za oknem kolejne warstwy śniegu, pada. Wstałam ze świadomością, że ptaki jeszcze śpią, ale niebawem obudzą się głodne. Kiedy zaczęło świtać wyszłam na taras i nakarmiłam ptaki. Zima w pełni, więc pomagam kolorowym piórkom przetrwać ten czas, choć wiem że sobie radzą lubię im nieco ułatwić szukanie jedzenia, choć jarzębiny u nas jeszcze sporo na gałęziach i wczoraj nawet obserwowałam akrobacje sikorek podczas zrywania owoców. Do nasion i owoców róży dorzuciłam pokrojone w kostkę jabłko. Potem mogłam już wróciłam do kuchni i wypić szklankę odwaru z grzybów reishi. Wciąż uczę się ich goryczy. Jest wyjątkowo mocna. Reishi jest nazwą potoczną Lakownicy żółtawej lub lśniącej (Ganoderma lucidum). To azjatycki saprotroficzny grzyb leczniczy znany w tamtejszych kręgach ludowych od ponad 4000 lat, któremu przepisuje się silne działanie prozdrowotne i lecznicze. Reishi to królowa medycyny chińskiej (ta lakownica) albo król (ten grzyb). Mało się o tym mówi, ale mnóstwo gatunków lakownicy rośnie w Europie, a także u nas Polsce. We wrześniu ubiegłego roku podczas warsztatów grzybowych w Gorcach znaleźliśmy m.in. powszechną lakownicę spłaszczoną (Ganoderma applanatum). Tymczasem spożywana przeze mnie w formie wywaru lakownica lśniąca jest grzybem o bardzo gorzkim smaku. Napój z reishi jest trudny do polubienia, dlatego najlepiej aplikować go w formie sproszkowanego ekstraktu wodno-alkoholowego, ale ponieważ sama hoduję lakownicę, najwygodniej mi po prostu zrobić wywar z zebranych i ususzonych owocników. Kiedy piję kolejne łyki aż wykręca mi twarz, ale podobno do każdego smaku można się przyzwyczaić. Dolewam dwie łyżki domowego soku z żurawiny leśnej. Jest lepiej. Zamykam oczy i spokojnie wypijam filiżankę, łyk po łyku. W przyrodzie gorycz ma swoje uzasadnienie – ma nas odstraszać od tego co trujące i ostrzegać o zepsuciu. Niewiele jest gorzkich jadalnych roślin. Chociażby taka cykoria! Uwielbiam ją chrupać, polaną oliwą, albo posmarowaną wegańskim majonezem i posypaną solą ziołową. Wtedy ta gorycz mi nie przeszkadza, a nawet ma w sobie coś co przyciąga i sprawia, że staję się fanką tego warzywa. Gorzka jest też kawa, no przecież, i ma miliony wielbicieli na całym świecie, choć ja nadal nie przepadam za espresso. Nawet przecież mówi się „Słodzisz? Nie, piję gorzką. Podobnie jest z herbatą. Ale herbata przy lakownicy lśniącej jest pyszniutka. Na śniadanie serwuję niedzielną owsiankę, pełną dobra, z chna, masłem z prażonych migdałów, morwą suszoną i bananem. Zajadamy się. Kiedy mąż wróci z roweru ruszam pobiegać nad Wisłę. Pragnę zobaczyć i posłuchać Wisły. Kra płynąca po rzece nie tylko wygląda zjawiskowo ale także wydaje unikatowy dźwięk. Może uda mi się to nagrać, bo ostatnimi laty nie często jest okazja obserwować to zjawisko. A to piękno samo w sobie. Potężne piękno.
Więcej z serii „Dziennki” przeczytasz tu




