niedziela, 16 listopada 2025, Warszawa
#Codziennadawkagrzybów Dzień 318/365
Niedziela okazuje się dniem spokoju. Nareszcie w całym domu cisza. Będzie mi towarzyszyć do 12, bo potem mamy gości. W ciągu tygodnia już od ponad miesiąca, dzień w dzień trwa u sąsiadów remont. Cieżko jest mi zebrać myśli, skupić się, ciężko cokolwiek dłuższego napisać. Na dodatek pracuję teraz najczęściej na stojąco, bo nie powinnam za długo siedzieć. Zresztą żaden kręgosłup nie lubi wielogodzinnego siedzenia przy biurku – ani zdrowy ani ten po operacji. Przygotowałam sobie nowe stanowisko do pisania i zaczynam je lubić. Myślę, że się przyzwyczaję i zostanie już ze mną na dłużej, nawet gdy pooperacyjne ograniczenia znikną. Rano kiedy wstałam i otworzyłam lodówkę zobaczyłam, że nadal pełno w niej grzybów. Cały ostatni tydzień jedliśmy boczniaki ostrygowate, których cztery kilogramy nazbieraliśmy nad Wisłą podczas przepięknego spaceru! Są absolutnie niesamowite w smaku, zupełnie inne niż te hodowlane. Oczywiście i jedne i drugie są tak samo wartościowe i zdrowe, ale jędrnością, strukturą i smakiem boczniaki rosnąco dziko przewyższają te sklepowe. Hitem okazały się krokiety z kapustą i boczniakami – absolutnie obowiązkowa potrawa, którą z moją przyjaciółką Hanią robimy już drugi rok z rzędu. Czekamy na moment, w którym w listopadowych lasach zaczynają się pojawiać pierwsze boczniaki i od razu ruszamy na zbiory. Podczas spaceru zebraliśmy także płomiennice zimowe i to na nie padł mój wzrok w lodówce. Obok w misce leży jeszcze reszta gąsek zielonek, które podarował mi tata (zrobiłam z nich przepyszne risotto), shitake i pieczarki. Shitake i pieczarki niemal każdego dnia dusze rano na śniadanie – z warzywami i jakąś kaszą albo soczewicą. Na parapecie i na tarasie rosną boczniaki różowawe, soplówka jeżowata, i kolejny raz owocnikują smakowite boczniaki mikołajowe. Lada dzień wszystkie będą gotowe do zbioru. Zastanawiam się czy nie zamarynować gąsek i płomiennic. Tych drugich nigdy wcześniej nie marynowałam, ale wydają się idealne ze swoimi małymi i jak znalazł okrągłymi, wilgotnymi kapelusikami.
Za oknem pada deszcz, mamy całkiem przyjemny listopad, taki jaki powinien być – głownie chłodny i wilgotny, czasem słoneczny. Choć deszcz mógłby padać częściej. Na trawnikach i chodnikach wciąż leżą kolorowe liście, te które w mieście się uchowały przed grabiami, dmuchawami i foliowymi workami. I tak jak jeszcze z chodników mogą być usuwane na bok, to jednak nie powinny nigdy znikać, chyba, że pod ziemię, wciągane chociażby przez przez żuki, które rozkładają znaczną większość liści. Człowiek sprzątając liście ingeruje w przyrodę. Niszczy przede wszystkim naturalne zimowe siedliska wielu zwierząt, w tym jeży. Liście są naturalnym elementem ściółki, w miejscach gdzie rosną drzewa, na trawnikach, w parkach i ogrodach są kołdrą dla ziemi, dzięki której nie będzie ona wysychać, ale przede wszystkim tworzą termoizolacyjny płaszcz pozwalający utrzymać stałą temperaturę pod powierzchnią ziemią, chroniąc korzenie roślin przez zmarznięciem oraz przykrywają miejsca, w których często zimują m.in. owady, ślimaki, płazy czy gady. My na naszym trawniku pod oknami zawsze zostawiamy dużą stertę liści i apelujemy o to samo do sąsiadów, przypominając przede wszystkim o hibernujących jeżach, których na warszawskiej Sadybie jest dużo, i że teraz jest właśnie najdelikatniejszy i najważniejszy dla nich czas – zasypiania. Powinny obudzić się dopiero na wiosnę.
Pod wieczór przyjemnie tyka piekarnik, w którym pieką się bataty. Ze stołu patrzą na mnie wreszcie ułożone puzzle. Różne gatunki dyń z jednego tysiąca elementów. Czuję satysfakcję. Myślę o najbliższym wtorku, będzie dla mnie ważny, bo jadę na kontrolny rentgen kręgosłupa po 8 tygodniach od złamania i operacji. Okaże się czy wszystko dobrze się goi, okaże się jakie są rokowania na powrót do pełnej sprawności i kiedy. Mimo emocji, jestem spokojna, czuję się silna w ciele, czuję, że będzie dobrze.
Więcej z serii „Dziennki” przeczytasz tu





