Środa, 18 czerwca 2025, Gdzieś na Mazowszu, nad Narwią
#Codziennadawkagrzybów Dzień 169/36
Od poniedziałku jesteśmy na wsi, w naszym małym domku w lesie opodal Narwi. Czas płynie tu zupełnie inaczej niż w mieście, nie ma mowy o siedzeniu – jesteśmy cały czas aktywni, stale na powietrzu, a telefon właściwie nie istnieje, prócz rozmów z bliskimi, którzy zawsze są za daleko. Dopiero dziś znalazłam chwilę by cokolwiek napisać. Bez przerwy coś zbieram, jak nie grzyby, to jagody i poziomki, bo u nas już są dojrzałe i wnoszą w nasze życie radość nie do opisania. Takie zebrane własnymi rękoma smakują najlepiej. Miłosz jest szczęśliwy. Mąż chyba też. Spośród grzybów dominują borowiki i czubajki kanie, z tymże stale tafiam na czubajki, które są zamknięte – i tak od dwóch dni. I teraz muszę czekać, aż się otworzą z nadzieją, ze ktoś mnie nie uprzedzi ze zbiorem najlepszego kotleta! Czekam na mój wymarzony obiad. Wspominaliśmy dziś z Alkiem najlepsze burgery jakie zrobiliśmy rok temu – jedliśmy je właśnie z takim mocno usmażonym i chrupiącym kotletem z czubajki kani. Na samą myśl o nich robię się głodna. Pieprzników jadalnych na razie nie znalazłam, spróbuje ponownie jutro, natomiast udało mi się jeszcze zebrać baldachy kwiatów dzikiego bzu czarnego i zrobiłam litr syropu. Poza miastem wszystko kwitnie póżniej. Wygląda na to, że Warszawa jest o tydzień-dwa do przodu. Tu jeszcze sporo pięknych baldachów!
Przez to, że na wsi stale coś robię i bardzo dużo spaceruję, zapominam o piciu wody. Nie wiem dlaczego jak tu jestem piję mniej wody! I dziś dostałam sygnał od mojego organizmu, że przeholowałam z brakiem nawodnienia – miałam energetyczny zjazd i przespałam cale popołudnie. Dopiero dwa kubki elektrolitów sprawiły, że wieczorem poczułam, że wracam do żywych.
Teraz są najdłuższe dni w roku. Jest 21:15, Alek poszedł fotografować rzekę, a ja mam nadzieję, że znów spotka moje ukochane dziki i zrobi kilka zdjęć tych najpiękniejszych ryjków. Jest wciąż jasno, słonce dopiero zachodzi. W sobotę Noc Kupały! Siedzę na tarasie i wciąż trawię naszą pyszną kolację – grzanki z uduszonymi grzybami: borowikami osiatkowanymi, shitake i pieczarkami brunatnymi (dwa ostatnie gatunki przywiozłam ze sobą z Warszawy by się nic nie zmarnowało). Koncertuje kos i kukułka. Ich głosy idealnie się na siebie nakładają i niosą na całą wieś. Kos stale siada na tej samej gałęzi nad dachem naszego domu i daje popis jakich mało. Kocham te ptasie trele.
Będzie mi się dobrze spało. Rano smażymy naleśniki. Zjemy je ze świeżymi jagodami i poziomkami. Przyjedzie też moja przyjaciółka Hania. Zapowiada się piękny dzień.
Wasza Jo.






Piękne są takie niespieszne dni.
Nie ma co się spieszyć skoro czas i tak pędzi nieubłaganie.. Pozdrawiam cieplutko i dziękuję, że tu zajrzałaś!
Jeeej, jakie proste, najpiękniejsze życie. 💚 Inspirujesz!
Trzeba żyć jak najprościej! Więcej się wtedy widzi – życie w sieci nie pomaga. <3 Uściski! I dziękuję za komentarz! Zaglądaj!
Takie zwyczajności, ta prostota działań , rodzą spokój myśli, niedostępny w wielkim mieście.
Jeszcze to światło, bujna zieloność dookoła, ptasie głosy, , zapachy (stale teraz coś kwitnie) – co trzeba więcej? Tęsknię za tym większość roku.
Ja też za tym tęsknię Mamo, dlatego cieszę się każdym takim dniem tu na wsi! Chociaż w naszym zielonym mieście też jest pięknie – mamy przecież rezerwaty przyrody, a Ty masę ptaków przy balkonie. Wciąż. <3
Idę na jagody. Zmotywowałaś mnie😀 A tak serio, Asiu dawno tu nie byłam, ale cudnie tu u Ciebie, więc na pewno wrócę 🥰 a teraz lecę sprawdzic, czy w lubuskim też już dojrzały jagody😍dobrze, że mam las za płotem 😗😘🥰😍
Marzenko! Czy ja dobrze widzę na IG, że znalazłaś jagody? 😀 Cudownie że jesteś – trzymajmy się razem! Smacznego i uściski! Polecam naleśniki polane jagodami!!! <3