Dzienniki, które czytasz to zapiski fragmentów uchwyconej codzienności i przemyślenia spisywane z nutą nostalgii, czasem z odrobiną humoru, a czasem całkiem serio. Towarzyszą mi przyroda z grzybami na czele, ruch i kuchnia jako nieodłączne elementy mojego tak zwanego życia.
Dziś o pękaniu, snuciu się i dopłynięciu do brzegu z nadzieją na nowy rozdział.
Wtorek, 20 stycznia 2026, Warszawa
Od dłuższego czasu czułam, że coś jest nie tak, nie po mojemu. Zastanawiałam się dlaczego nie mogę niczego dobrze zrobić, niczego zacząć, niczego skończyć. Miotam się, odbijam od ściany do ściany. Wczoraj rozmawiałam o tym długo z mężem, szukaliśmy jakiegoś punktu zaczepienia, rozważaliśmy w czym może tkwić problem. Bardzo doceniam to, że mam z kim porozmawiać, że mam obok siebie osobę, która mnie zna, obserwuje, wyczuwa moje nastroje, która widzi, że coś mnie trapi, męczy, która wie, że nie jestem sobą, reaguje i probuje mi pomóc. To bardzo ważne, tak robi nie tylko partner na dobre i na złe, ale i przyjaciel. I nie owija w bawełnę, tylko mówi szczerze co widzi. W pewnym momencie tej rozmowy dotarło do nas, że wypadłam z drogi, że tak jak pociąg się wykoleja z torów – ja po prostu wypadłam z drogi. Wydrogowałam się, a co gorsza nie potrafię wrócić na swoją trasę, na obraną dawniej ścieżkę. I dlatego tak się w kółko snuję, po domu, a najczęściej po lesie (jeden plus). W ciągu raptem kilku miesięcy wypadałam z mojego wieloletniego rytmu. Do tej pory myślałam, że mój upadek i złamanie kręgosłupa nie zmieniły mojego życia, że przecież skoro jestem po operacji, skoro mogę chodzić, a nawet już biegać, to sprawa jest zakończona. Oddzieliłam grubą kreską tamto zdarzenie, jakby się nic nie stało i próbowałam żyć jak dawniej. A jednak nic się nie udawało, coś było nie tak, wszystko się sypało. Ba, nawet nie próbowałam by cokolwiek mi wyszło, bo jeśli coś zaczynałam, to po chwili od razu to skreślałam. Nie dawałam sobie szansy na początki ani powroty, na nagrywanie nowych odcinków „Dzikich Ciekawostek”, na pisanie kolejnych dawno zaplanowanych książek, oddaliłam się od pracy w moim bobrzym Stowarzyszeniu. Wszędzie czułam się na miejscu, nie potrafiłam odnaleźć siebie sprzed wypadku. Sprzed upadku (dosłownie i w przenośni tak jakby…). Bo właściwie w przeciągu raptem dwóch miesięcy wydarzyło się strasznie dużo w moim ciele, a więc i w życiu: złamanie, operacja, diagnoza osteoporozy, menopauza, oglądanie się na innych kiedy ja zostawałam w tyle. Przynajmniej tak to widziałam. Zaczęłam czuć się mała, przygniatana kolejnym ciężarem nowin i zmian, które może nie byłyby takie trudne do zaakceptowania i przepracowania, gdyby pojawiały się powoli, jedna po drugiej, w sensownych odstępach czasu. Ale przecież tego nie można zaplanować. Góra rosła, kula śniegowa robiła się większa i większa. I w końcu coś pękło. Ja pękłam. Powietrze zeszło, wanna napełniła się łzami. Opadłam na dno, dotknęłam je stopami, mocno. Nareszcie. Teraz będę mogła się odbić, nadszedł czas. Wynurzę się na nowo, ta sama, choć już nieco inna gdy dopłynę do brzegu.
Dziś widać zorzę polarną nad Polską, podobnie jak wczoraj. Niezwykłe chwile.
Więcej z serii „Dziennki” przeczytasz tu





Tak bardzo rozumiem. Czasami przygniata nas kilka małych sytuacji, ale w małym odstępie czasu narastają do wielkich kul, które ciężko udźwignąć. Niby wszystko jest ok, ale nie jesteśmy sobą, żyjemy przeszłością w obawie o przyszłość, bo coś się znowu może wydarzyć, a teraźniejszość przelatuje przez palce. Świetnie mieć kogoś kto to rozumie i widzi, że coś z nami nie tak, nie jesteśmy sobą, bo tego nie da się wytłumaczyć słowami. To jest ogromne poczucie straty, lęku, niesprawiedliwości, niepogodzenia ze zmianami, poznawaniu siebie na nowo i próby zaakceptowania zmian. Ahhh… Momenty przełomowe w życiu są cholernie ciężkie, ale potrzebne i jak już się wie, że to ten moment to jakoś człowiekowi łatwiej zaakceptować te dziwne emocje, które nim miotają. M
Dziękuję Ci M za słowa zrozumienia i otuchy. Doceniam bardzo. Pozdrawiam ciepło. <3