O tym dlaczego znowu tęsknię za lasem, o starym, ale jarym termometrze za oknem i o Bieszczadach z lat 70-tych oczami Marii Kownackiej


Dzienniki, które czytasz to zapiski fragmentów mojej uchwyconej codzienności i przemyśleń, pisanych z nutą nostalgii, czasem z odrobiną humoru, a czasem całkiem serio. Towarzyszą mi przyroda z grzybami na czele, ruch i kuchnia jako nieodłączne elementy mojego tak zwanego życia.


Niedziela, 22 lutego 2026, Warszawa

   Tęsknię za lasem, za wędrówką wśród drzew, za wąchaniem ziemi, za dotykiem tego co rośnie, co chybocze delikatnie smagane wiatrem, za grzybami. No bo znów ugrzęzłam w domu na dłużej: najpierw była dwutygodniowa choroba synka (dopiero jutro Miłosz wraca do przedszkola), a potem przyszła kolej na mnie, kiedy po rwaniu kolejnej ósemki muszę siedzieć w domu. Wiadomo, z opuchniętą twarzą jakość trudno przebywać wśród ludzi.. Na szczęście tym razem regeneracja przebiega w trybie ekspresowym i liczę na wyjście w teren już w najbliższym tygodniu. Czuję się bardzo dobrze, opuchlizna jest niewielka, dość szybko znika i choć zabieg miałam dwa dni temu, mogę już jeść, a i kawa smakuje wybornie. Ostatnio mieszam ją z łyżką kakao z grzybowymi ekstraktami z reishi i chagi. Wspaniałość. #codziennadawkagrzybow trwa w najlepsze i poza grzybami w napoju na obiad usmażyłam boczniaki z cebulką na roślinnym masełku. Pyszności.

    W powietrzu czuć zbliżającą się wiosnę. W najbliższym czasie zapowiadane są deszcze, więc cały śnieg, który od niemal dwóch miesięcy zalega na trawnikach, chodnikach i oczywiście we wszystkich warszawskich parkach i rezerwatach przyrody, zacznie znikać na dobre. A jednak wczoraj znowu spadł śnieg i na chwilę wróciła zimowa aura. Dopiero dziś temperatura pokazała 5 kresek powyżej zera. Za naszym oknem wciąż wisi klasyczny termometr. Bardzo go lubię, sprawdzanie na nim temperatury sprawia mi wiele radości. Może ta przyjemność wynika z jakichś pozostałości z młodzieńczych lat, kiedy nie było jeszcze elektronicznych termometrów umieszczonych w domach i oczywiście temperatury stale widocznej na wyświetlaczu komórek. Poza tym podchodzeniu do okna odruchowo towarzyszy wyglądanie przez nie, omiatanie wzrokiem okolicy, począwszy od parapetu po krzewy, drzewa, aż po niebo i zestawianie tego co pokazuje termometr z faktyczną pogodą, własnymi odczuciami i wnioskami wynikającymi z obserwacji widoku po drugiej stronie szyby. Niech to trwa.

   Mój wzrok zatrzymuje się na książce leżącej na biurku. Prawdziwa perełka, portal teleportujący w dzikie i nieoswojone Bieszczady. A było tak: w latach 60 i 70 ubiegłego wieku (jak to brzmi!) Maria Kownacka spędza w Bieszczadach mnóstwo czasu i od razu się w nich zakochuje; co zresztą mnie wcale nie dziwi. Dzięki jej obserwacjom i zapiskom oraz wieloletniej współpracy z Kazimierzem Garstką, nauczycielem biologii z Lutowisk, w 1980 wydana zostaje książka „Na tropach węża Eskulapa” i to na nią właśnie patrzę. Pachnie cenną bezcennością. Kownacka eksplorując góry i ich unikatową przyrodę pokazuje nam Bieszczady jako krainę słabo zaludnioną, surową, trudno dostępną, o skromnej infrastrukturze, niemal nietkniętą turystyką, za to niezwykle bogatą przyrodniczo i bioróżnorodną. Zresztą tamte lata były czasami odkrywania nieznanego, nauki i budowania świadomości przyrodniczej, szczególnie wśród młodzieży, no i kładło się duży nacisk na integrację z naturą. Bohaterami opowieści są młodzi harcerze i harcerki, członkowie Koła Młodych Przyrodników „Eskulap” oraz ich wychowawca i przewodnik Marcin Dębski. Czytając tę książkę strasznie się tęskni, pragnie choć na chwilę zamieć się z tymi dzieciakami miejscami, przeżyć ich przygody, poczuć ducha dawnych Bieszczadów, ich pierwotny charakter, krajobraz sprzed dekad i… musnąć czasy PRL-u. Poznajemy Bieszczady, które w tej formie są już (niestety) przeszłością. Bo przecież te współczesne są mocno przedeptane, powycinanie, z nieustannie rozwijającą się infrastrukturą, nastawione na zysk z turystyki dzięki hasłu „Rzuć wszystko i jedź w Bieszczady”. I choć tamtych czasów nie przywróci nam nikt, mimo tego, dzięki działaniom ochronnym wciąż odnajdziemy w Bieszczadach przestrzenie, w których usłyszmy prawdziwą ciszę, zobaczymy ciemność niezanieczyszczoną światłem, krajobraz pełen dzikości, zamieszkały przez wilki, rysie, niedźwiedzie i niewielką populację węża Eskulapa. Może warto je takie odnaleźć…?
Tymczasem zanurzam się w lekturze Kownackiej, której losy „od kuchni” poznacie w innej fantastycznej książce Anny Kamińskiej „Nie dopytuj się. Historie z Bieszczadów” (tu moja recenzja). To dzięki niej na nowo odkrywam bogatą i przyrodniczo wartościową twórczość Marii Kownackiej.

Więcej z serii „Dziennki” przeczytasz tu

Na tropach węża eskulapa

Napisz komentarz