Poniedziałek, 23 czerwca 2025, Warszawa
#Codziennadawkagrzybów Dzień 174/365
Wróciłam na kilka dni do miasta. Choć uwielbiam nasz domek w lesie i jest to moje miejsce na ziemi, chwilowa zmiana otoczenia i wejście w miejski wir zaskakująco dobrze mi robią. Ostatnie dni nad Narwią były piękne, ale i wyjątkowo ciche, jakby mniej ludzi przyjechało na długi weekend. Może zniechęciła ich dziwna pogoda? Ranki były zimne. 5 stopni o świcie w drugiej połowie czerwca rzeczywiście nie są powszechne. Upałów też nie ma (na szczęście), ale i deszczu brak (niestety). Mój warzywnik rośnie powoli, choć odważnie i gęsto. Pomidory, ogórki i ukochana zielona papryka. Sałata jest już gotowa do zerwania, jednak zrobię to dopiero jak wrócę za kilka dni. Na jej miejsce wsadzę rozsady cukinii. I może bakłażana. W czerwcu wciąż można.
Moja przyjaciółka Hania niestety nie przyjechała – rozchorowała się, więc przełożyłyśmy spotkanie na Warszawę. Wypijemy kawę na moim tarasie i zjemy najlepsze na świecie jagodzianki! * W sobotę była Noc Kupały – dziwna, bo wyjątkowo bezdźwięczna, nawet ptaki pod wieczor nie śpiewały, świerszcze też nie. Jakby zmęczenie najdłuższym dniem w roku dało się we znaki wszystkim istotom. Pierwszy dzień lata spędziłam więc na czytaniu nowej książki o grzybach „Grzyby Lecznicze i Psychoaktywne”, którą dostałam do zrecenzowania od Marcina Mola (jej autora). Ciekawa pozycja na rynku grzybowej literatury. Będzie o niej osobny wpis w dziale Książki.
A jednak wydarzyły się dwie niesamowite rzeczy. Mianowicie najpierw po godzinie 22, kiedy było jeszcze jasno, ale już ciemno (naprawdę tak to wyglądało) zobaczyłam pierwszy raz od dwóch lat nietoperze. Kiedy leżałam pod koronami drzew na hamaku przykryta kocem latały nad moją głową, jeden za drugim. Bardzo się ucieszyłam, bo martwiła mnie ich zeszłoroczna nieobecność. Mam wrażenie, że nietoperzy jest z roku na rok mniej – tak samo jak komarów. A to wcale nie są dobre znaki. Komary to przysmaki nietoperzy, więc kolejności zdarzeń łatwo się domyślić. Na hamaku zasnęłam i obudzona po północy zwlokłam się z hamaka i poszłam spać dalej do domu. Czemu nie zostałam? Och bardzo chciałam zostać, ale w domu spał mój pięciolatek i nie chciałam by rano obudził się bez mamy w domu, szczególnie że go o tym nie uprzedziłam.
Druga niezwykła rzecz wydarzyła się następnego ranka (a może zadziało się to w noc świętojańską, jak spaliśmy), mianowicie zakwitł kwiatu maku. Nie, nie paproci (śmiech). Potraktowałam to bardzo symbolicznie. Jako niezwykle ciekawe zjawisko jakiejś koniunkcji w przyrodzie, splotu zdarzeń, niezauważalnych ruchów w powietrzu. Bo ten mak nie kwitł od połowy maja, a nawet zaczął już usychać i nagle nie wiadomo jak i skąd, w niedzielę rano mieni się w przecierającym się przez las słońcu czerwony kwiat maku. Niesamowite prawda?
Jeśli chodzi o grzyby, wreszcie znalazłam pieprzniki jadalne i z wielkim namaszczeniem zjadałam pierwszą tofucznicę z kurkami w tym roku. Co za wspaniały smak! Żaden grzyb tak nie smakuje i nie da się go porównać z niczym innym – to jest po prostu jedyny taki smak „kurek”. Natomiast z dzikich owoców pojawiły się czerwone porzeczki. Są takie pyszne. To moja ulubiona kwaskowość. Uzbieraliśmy ich całe wiaderko i do teraz dodajemy je porannych owsianek. Najwspanialsze smaki lata, bo nasze – sezonowe, z lasów i łąk, zebrane własnoręcznie, najzdrowsze.
Wasza Jo.
__
* Musicie wiedzieć, że moja przyjaciółka Hania ma swoją cukiernię – najlepszą wegańską cukiernię w Warszawie! Nazywa się Baja!





