O rozpadzie i o krowie Janinie, która odeszła bezpowrotnie.
Dzienniki, które czytasz to zapiski fragmentów mojej uchwyconej codzienności i przemyśleń, pisanych z nutą nostalgii, czasem z odrobiną humoru, a czasem całkiem serio. Towarzyszą mi przyroda z grzybami na czele, ruch i kuchnia jako nieodłączne elementy mojego tak zwanego życia.
Środa, 27 maja 2026, nad Narwią
Wczoraj pękło mi serce, rozpadło się na miliony kawałków. Smutek wpłynął w moje żyły i rozlał się po ciele jak rwąca rzeka pogrąża w wodzie uliczki miast. Poczułam się złamana. Zgarbiłam się, zgięłam w pół, jakbym znów miała złamany kręgosłup. Jeśli można w jakiejś części siebie umrzeć to właśnie u mnie to nastąpiło. Choć nie sądziłam. Nie sądziłam naprawdę.
A dziś, by było jeszcze trudniej dojść do siebie, jadąc przez wioski, mijałam łąkę pewnej miłej pani, u której w każde lato kupuję najlepsze pomidory. Na tej łące odkąd pamiętam pasła się krowa. Rok temu nadaliśmy jej z Miłoszem imię: Janina. Ale okazuje się, że od kilku miesięcy Janiny już nie ma. Ponieważ jej właściciele są starsi i mają już słabe nogi, nie mogli jej więcej wyprowadzać na łąkę, więc Janinę sprzedali. A ja wiem, że do rzeźni, i że Janina opuściła ten padół bezpowrotnie. Już nie zobaczy tej pięknej łąki i nie spróbuje soczystej wiosennej trawy, już nie spotka się bocianem, który zawsze jej towarzyszył, nie poczuje wiatru na swoich pięknych, puchatych uszach… Ten krąg życia, który człowiek zgotował zwierzętom jest okrutny. Żegnaj Janino.





