Dzienniki, które czytasz to zapiski fragmentów uchwyconej codzienności i przemyślenia spisywane z nutą nostalgii, czasem z odrobiną humoru, a czasem całkiem serio. Towarzyszą mi przyroda z grzybami na czele, ruch i kuchnia jako nieodłączne elementy mojego tak zwanego życia.
O tym, że czas zatrzymał się na mroźnej zimie, którą uwieczniam na fotografiach i o nieszczęsnych zębach wątpliwej „mądrości”.
Czwartek, 29 stycznia 2026, Warszawa
Stawiam sobie ostatnimi czasy dużo wyzwań, choć bynajmniej nie szukam progu bólu. Czasem jednak trzeba, bo nie warto odkładać pewnych rzeczy na później, szczególnie jeśli dotyczą zdrowia i jego profilaktyki. Po piątkowej ekstrakcji ósemki spuchłam jak balon i właściwie do przedwczoraj trudno było mi rozpoznać moją twarz w lustrze, a wypowiadane słowa przypominały bełkot. Ciężkie przeżycie. Jeszcze dwa podobne zdarzenia w najbliższym czasie przede mną. Kompletnie bez sensu mieć nadprogramowe zęby, które są pozostałością po naszych czworonożnych przodkach i służyły do przeżuwania m.in. twardych surowych roślin. Niby przydana umiejętność, ale w naszej zmniejszonej ludzkiej żuchwie nie ma już na nie miejsca (a w mojej na pewno nie). Ewolucja strasznie się ślimaczy z ich eliminacją i zostawiła to zadanie chirurgom. Na szczęście jest znieczulenie, choć „dopiero” od 30 września 1846 r., kiedy po raz pierwszy usunięto ludzki ząb pod narkozą (przy użyciu eteru). Nasze praprababki i prapradziadkowie nie mieli lekko.
Tymczasem dziś nareszcie wyszłam z domu kierując swoje spragnione ruchu nogi prosto do lasu i od razu (i do tego po raz pierwszy!), natrafiłam na śluzowca o ślicznej nazwie gronianka lśniąca (Badhamia utricularis). Zwisa „głową” (a tak naprawdę zarodnią) do dołu. Ciemny kolor to ostatnie stadium tego śluzowca, bo w formie młodej, dojrzewającej zarodni gronianka jest żóta. To jeden z najtwardszych zawodników wśród śluzowców. Temperatura – 15 st. a on nadal wisi na jednym i jedynym „włosku”. Cudny (śluzowiec). Cudna (gronianka). Lucky me. Zima trwa w najlepsze i od niepamiętnych czasów, mróz wraz ze śniegiem utrzymują się już miesiąc w Warszawie. Z tego okresu będziemy mieli mnóstwo zdjęć, które już w tym momencie uważam za najpiękniejszą pamiątkę najszybciej znikającej pory roku i które dziś tu zamieszczam. Do tego, całemu temu śniegowemu szaleństwu towarzyszy radość z tego, że dzieci mogą doświadczać zimy w pełni, z całą masą zabaw i szaleństw. Będą wspomnienia. Do obiegu wróciły dawno nie używane słowa, kojarzone wyłącznie z zimą: puch, firn, gips, szreń, lodoszreń, śryż, torosy, oparzelisko, szadź, okiść, sople lodu, digidongi, morszkulce, wróciły narty bez potrzeby używania sztucznego śniegu, sanki w mieście, łyżwy na zamarzniętych rzekach i jeziorach. Tyle w tym piękna i beztroski, tyle dobrego, mi to przypomina… a Tobie?
Więcej z serii „Dziennki” przeczytasz tu





