niedziela, 3 sierpnia 2025, Rzeka Narew, Mazowsze
#Codziennadawkagrzybów Dzień 215/365
Zaczął się sierpień. Zawsze z jego początkiem czuję, że zaraz będzie koniec wakacji. Sierpień wydaje się mknąć niczym kometa po swojej orbicie w bezkresnym Wszechświecie. Nie wiem dlaczego tak mam. Wczoraj wieczorem wybrałam się z koszykiem na łąkę. Po intensywnych opadach pojawienie się czubajek było tylko kwestią czasu. Przedzierając się przez wysokie trawy (na szczęście kaloszach), natrafiłam na ich stanowisko. Wśród chaszczy i gęstych krzewów czekała na mnie ona – największa z kań – królowa. Naprawdę nigdy nie widziałam dorodniejszej i większej kani. Nie była jeszcze w pełni rozwinięta, ale wiedziałam, że wystarczy pozostawić ją na noc na tarasie i nawet dziś zerwana, jutro się rozwinie. Noc była wilgotna, więc dzisiejszego ranka kania była dwa razy większa. Rozwinięta w pełni mierzyła 29 cm średnicy, zatem więcej niż klasyczna patelnia. Grzyby kapeluszowe są niesamowite. W języku polskim nie ma rozróżnienia na grzyby jako całokształt i na grzyby, które mają owocniki. U nas wszystkie nazywamy grzybami – zarówno drożdże, pleśnie czy borowiki. W języku angielskim natomiast mamy dwa słowa określające grzyby: „Fungi” – czyli grzyby jako całość wraz z grzybnią i jednocześnie królestwo oraz „Mushrooms”, czyli te grzyby, które wytwarzają owocniki. Podoba mi się taka nomenklatura, bo jest bardziej czytelna i pokazująca że grzyb to nie tylko to co widzimy w postaci owocnika (co de facto jest ułamkiem procenta całego grzyba), ale to przede wszystkim grzybnia – ciało grzyba, jego niewidoczny, ale najważniejszy element, fundament.
Dziś nie czuję się najlepiej. O 3 nad ranem ze snu wyrwały mnie zawroty głowy. Dawno ich nie miałam. Świat wirował, a wraz z nim ja. Wtuliłam się mocno w Alka i jakoś przeczekałam ten dyskomfort stosując serię głębokich oddechów. Noc była parna i zapowiadała zmianę pogody. Ostatnio mało piję wody, cały dzień uzupełniam minerały. Po powrocie do Warszawy czas na kontrolne badania krwi, wiadomo, że hormony już nie pracują jak dawnej. Trudna noc okazała się zwiastunem dziwnego dnia, pełnego niejasnego niepokoju i niepewności. Ciągle się czymś przejmuję, choć tyle we mnie spokoju i względnej radości. Jestem chwiejna. Świat mimo cierpienia jest taki piękny, kiedy mówi się o jego krajobrazach i o przyrodzie. Wciąż nie mogę zrozumieć dlaczego człowiek nie walczy o to jedyne naturalne i bezcenne dziedzictwo. A płetwale błękitne, wskaźniki równowagi naszego ekosystemu, przestają śpiewać, co zwiastuje jedno – brak pokarmu. Oceany są w złej kondycji, ich temperatura wzrasta. Idą złe czasy. Tzn. jeszcze gorsze. Jaka Ziemia czeka na nasze dzieci i wnuki?
Czekam na deszcz, ale burza przeszła bokiem. Niestety.
- Więcej z serii „Dziennki” przeczytasz tu






Dziekuje ze piszesz. Czytam.
Staram sie cieszyc dniem, przyroda ale jak pomysle o moim 5 letnim synku to boli i pojawia sie strach. Ale pokazuje mu co moge, ucze i jest wrazliwym na swiat chlopcem. Mieszkamy w Szkocji.
Kasiu, dziękuję że jesteś. Nasze dzieci mają nas i możemy pokazać im co ważne. I to robimy. Myślę że to nasze zadanie – by mimo tego że lekko nie jest pokazać im że życie i nasza planeta to piękna sprawa. Trzymajmy się tego! A Szkocja jest taka piękna! Ściskam Was mocno. A.