środa, 30 lipca 2025, Rzeka Narew, Mazowsze
#Codziennadawkagrzybów Dzień 211/365
Po kilku dniach obfitych opadów i burz, a także ciepłych wieczorach i nocach przyszedł czas na czubajki kanie w ilościach chciałoby się napisać hurtowych. Nareszcie, bo od tygodni chodziło za mną zrobienie marynowanych smażonych kań, do czego potrzebowałam sporej liczby kapeluszy. I udało się. Jednego dnia naliczyliśmy 50 kapeluszy. Kilka usmażyliśmy i zjedliśmy na świeżo robiąc najlepsze pod słońcem burgery. Miłosz zachwycony smakiem. Przy okazji smażenia około 10 sztuk kapeluszy przeznaczyłam do zamarynowania. Mam 4 słoiczki do spróbowania! Przepis zamieszczę w osobnym wpisie, ale chyba najpierw jeden komisyjnie otworzymy i sprobujemy. Sporą część czubajek ususzyłam. W formie proszku będą znakomitą przyprawą do zup czy potrawek na bazie warzyw, ziemniaków czy fasoli. Prawdziwy smaki umami. Reszta kań została rozdana bliskim. Cieszyłam się, że nie zmarnowała się ani jedna. Dziś doszły pieprzniki jadalne, może nie za wiele ale na jutrzejsze śniadanie będą jak znalazł. Kiedy widzę ceny kurek w sklepie robi mi się słabo. Nie ma nic lepszego niż własne zbiory. Do tego natrafiłam dziś podczas leśnego spaceru na piękne krzaki maliny leśnej pięknie ubranej w owoce! Nazbierałam mała siateczkę dla Miłosza, który uwielbia wszystkie owoce, ale szczególnie te które uzbieramy sami. Następne w kolejce będą mirabelki – już się pojawiają dojrzałe owoce na drzewach rosnących na skraju rzeki, w pełnym słońcu. Pójdę z wielkim prześcieradłem, ułożę je pod drzewem i potrząsnę gałęzią aby pospadały. I zbiór gotowy.
Las jest teraz taki piękny! Taki soczysty! Taki cudownie odżywczo zielony. Bardzo tęskniłam za takim lasem, za wilgotnym mchem i napojonym, mokrym runem.
*
Wciąż mam w sercu odejście Joasi Kołaczkowskiej, a wczoraj doszła wieść o śmierci Zi – wyjątkowej osiemnastoletniej psiej towarzyszki adwokatki zwierząt Karoliny Kuszlewicz. Taki ten lipiec trudny, pełen smutku, wypełniony żalem odchodzenia dobrych istot. I choć śmierć jest naturalnym następstwem narodzin każdego organizmu to trudno godzić się gdy odchodzą tak wspaniałe ciała i ich dusze. A może jakiś najdrobniejszy element tych istot zostaje tu na Ziemi, wśród nas wciąż żywych? Neutron, nukleon albo choć jeden z kwarków, który przyciągany jest przez aury tych, którzy je kochali? Chciałabym w to wierzyć.
Tymczasem ze wzruszeniem patrzę na moich synów, oglądam zdjęcia na przestrzeni lat… Tak pięknie rosną i mądrzeją. Całe życie przed nimi.
- Więcej z serii „Dziennki” przeczytasz tu





