Dzienniki to zapiski fragmentów uchwyconej codzienności i przemyślenia spisywane z nutą nostalgii, czasem z odrobiną humoru. Towarzyszą mi przyroda z grzybami na czele, ruch i kuchnia jako nieodłączne elementy mojego tak zwanego życia.
Dziś o tym, jak rozmawiam co rano ze srokami, że zima nie odpuszcza, że tęsknię za górami i dlaczego mój kręgosłup motywuje mnie do codziennego ruchu.
Wtorek, 6 stycznia 2026, Warszawa
Jak tylko wstałam upiekłam chleb, który zostawiłam na noc do wyrośnięcia. Wczoraj sypnęło mi się za dużo mąki i nie byłam pewna czy przy zbyt małej ilości dodanego zakwasu uda mu się urosnąć. Udało. Może chleb nie wyrósł tak bardzo, ale wystarczająco. Specjalnie nie dodałam więcej wody, aby chleb po upieczeniu nie był zbyt lepki. Wieczorem spróbuję. Za oknem zima trwa w najlepsze, ptaki szaleją w poszukiwaniu jedzenia, bo wszystko jest zasypane i nie tak łatwo przebić się krótkimi dziubkami przez grubą warstwę zmrożonego śniegu. Na zewnątrz termometr pokazuje -10. Podglądałam sikorki i sroki jak zjadają ostatnie owoce zamarzniętej jarzębiny, która rośnie w ogródku pod naszym balkonem. Marta i Maciek – „moje” sroki, już zajrzały nam do okna i skrzecząc zapewnie powiedziały „dzień dobry”. To para, która mieszka na naszym osiedlu – poznajemy się i zawsze ze sobą rozmawiamy. Nie mogliśmy nie nadać im imion. Miłosz wymyślił Maćka a ja Martę. Jedna z nich przesiaduje często na balustradzie balkonu albo na daszku od klatki, na który mam widok z kuchennego okna i wtedy najczęściej na siebie patrzymy. Zawsze z zaciekawieniem. Sroki należą do krukowatych, więc są bardzo inteligentne. Nawet nie trzeba mieć tej wiedzy, by to stwierdzić – ich oczy i mowa ciała wskazują na mądrość i spryt.
Zima jest absolutnie zjawiskowa w tym roku, właściwie to pierwsza prawdziwa zima, z mrozem i śniegiem od ponad 8 lat. W mieście na pewno. Odkąd wróciliśmy z powrotem do Warszawy, a jesteśmy tu już 5 wiosen, to pierwsza taka zimowa zima. Niemal codziennie wychodzimy na wielokilometrowe spacery z sankami. Zachwyca nas Wisła, a mnie dodatkowo ptaki. Życie nad rzeką tętni. Pare dni temu obserwowałam całe skupiska kormoranów suszących skrzydła i mnóstwo nurogęsi. Nurogęsi są takie piękne! Żerowały obok kaczek krzyżówek, ale były bardziej płochliwe i dość szybko odlatywały gdy tylko zbliżałam się z aparatem. W lesie słychać dzięcioła czarnego, zresztą widać jak namiętnie pracuje dziobem szukając jedzenia. Mnóstwo drzew jest podziurawionych przez ten niezwykły i mocny jak dłuto dziub. Tymczasem bieganie po śniegu przywołuje najlepsze wspomnienia z górskich eskapad. Czy tęsknię za górami? Oczywiście, że tak, szczególnie za Tatrami, które połączyły mnie z moim mężem i za „Stołówkami”. Tęsknie też za górami Dolnego Śląska. Kiedy mieszkałam we Wrocławiu nie było tygodnia abyśmy nie jeździli w góry biegać, w Kaczawskie, w Sowie, w Izery, w Góry Kamienne, czy chociażby na niezawodną, fantastyczną Ślężę. Wszędzie było blisko. Ale teraz odkrywam na nowo moją kochaną Warszawę i jej okolice. Sporo osób jest zaskoczonych kiedy opowiadam, że w samej Warszawie jest 12 rezerwatów przyrody. To naprawdę sporo. Pod śnieżną kołderką, każde miejsce, nawet te przez nas dobrze znane wygląda inaczej. Te odkrycia zawsze mnie cieszą. Dlatego dziś ponownie ruszamy w teren, a motywatorem jest dla mnie mój kręgosłup. Każda aktywność ma dla niego znaczenie, kręgosłup wręcz upomina się o codzienną dawkę ruchu. Ne mogę się już doczekać dnia kiedy śruby i pręty raz na zawsze zostaną z niego wyciągnięte. Czuję się dobrze, niemniej nie jestem w pełni sobą. Moje kręgi mają ograniczenia, straciłam elastyczność i gibkość, a to mi przeszkadza. Przyzwyczajam się, owszem, ale to nie jest do końca moje ciało, dlatego jeśli mam szansę wrócić do siebie sprzed złamania, to tli się we mnie dużo nadziei i samozaparcia, by do tego dążyć. Najgorsze to się poddać, a ja nie chcę. Każdy nowy dzień jest krokiem w kierunku dawnej siebie. Jeśli kręgosłup będzie całkowicie i prawidłowo zrośnięty i nie będzie przeciwskazań do usunięcia instrumentacji, będę mogła być ponownie operowana tej jesieni. I tego się trzymam.
Dziś jest święto, mąż nie pracuje, więc pójdziemy na długo spacer, więc znów się dotlenię, a potem poćwiczę, poczytam (teraz w moich rękach rewelacyjna książka „Tajemnicze życie grzybów”) i znów przygotuję kolejny przepis (wegański strogonow, który nam bardzo zasmakował). Wspaniale, że w garnku czeka już najlepszy warzywny bulion z dużą ilością czosnku.
Więcej z serii „Dziennki” przeczytasz tu




