O lutym, który już się skończył, o arcyciekawym filmie, o fatum chorób i jak o mały włos nie zwariowałam. Ale żyję! 


Dzienniki, które czytasz to zapiski fragmentów mojej uchwyconej codzienności i przemyśleń, pisanych z nutą nostalgii, czasem z odrobiną humoru, a czasem całkiem serio. Towarzyszą mi przyroda z grzybami na czele, ruch i kuchnia jako nieodłączne elementy mojego tak zwanego życia.


Sobota, 7 marca 2026, Warszawa

   Jeszcze kilka dni temu chciałam aby ten luty wreszcie się już skończył. Przytłoczona jakimś chorobowym fatum wśród najbliższych zostałam uwieziona w domu najpierw przez grypę A u synka, która śmiało i ekspresowo przeszła w bakteryjne zapalenie oskrzeli, potem przez wirusa RSV z katarem do pasa ponownie u tego samego synka. Wisienką na torcie był niezidentyfikowany wirus żołądkowego u mojego drogiego męża. Otoczona klanem zarazków myślałam, że dosłownie niedługo wyląduję w Tworkach, choć bliżej mam szpital na Sobieskiego. Może być Sobieskiego, ważne by był wyposażony w park i gęste zadrzewienie, abym mogła spacerować i głęboko oddychać. W to wszystko zgrabnie w czasie wplótł się mój kolejny ząb „mądrości”, po którym usunięciu, mimo licznych obaw, nawet za bardzo nie spuchłam. Ale rana goiła się długo i boleśnie, a stan zapalny ogarnął całą lewą żuchwę, więc przez tydzień chodziłam nafaszerowana ketonalem. Minęło, uff, choć temat ekstrakcji zębów nie jest zamknięty. Został jeszcze jeden do wyrwania – w kwietniu, dlatego na razie o nim nie myślę. By tak całkowicie nie narzekać na ten luty to przyznam, że byłam na jednym (!), ale za to pięknym spacerze w rezerwacie i na psiej przechadzce z moją drogą sąsiadeczką po okolicznym parczku. Ponieważ wyszło słońce i wiosnę czuć już od kilku dni każdą komórką, że aż chciało się rozpinać zimowe kurtki, na chwilę zapominałam o marnym losie domowej pielęgniarki, matki, żony, kucharki i pisarki. Doceniłam. W chwili, gdy zaczął się marzec pomyślałam, że będzie już tylko lepiej, ale chyba na razie wyszłam przed szereg zbyt pochopnie. 4 marca zapisał się jako ważna data, bowiem wróciłam na siłownię po 5 miesiącach przerwy, czyli od czasu, w którym złamałam kręgosłup i przeszłam operację. Dawno nic mnie tak nie ucieszyło. Ale po dwóch dnia chodzenia wróciłam z bolącym gardłem (winna rzecz jasna klimatyzacja) i właśnie siedzę przed komputerem chrypiąc na cały dom. Malec obok wciąż połyka gile i kaszle. Jesteśmy w tym razem, choć myślę, że w moim przypadku na chrypie się skończy, bo w końcu cały rok już mi minął bez żadnych chorób i po prostu tak musi zostać. Mam dużo planów na marzec i liczę, że nic mi ich nie pokrzyżuje. Mój tata też liczył, że ma tylko chrypę, a od kilku dni bierze antybiotyk. To jest jakieś cholerne nieporozumienie. Szczęście ma tylko moja mama z mężem, bo farciarsko w tym najgorszym czasie przedszkolnych plag wyjechali na trzy tygodnie do Ciechocinka do sanatorium. Pierwszy raz piszę: zazdroszczę! 

Mimo wszystko humor mi dopisuje i szukam pozytywów, by doszczętnie się nie załamać. Z początkiem marca na łamach najnowszego numeru Magazynu Vege, z którym od lat wolontaryjnie współpracuję, ukazał się mój artykuł o wspaniałej Jane Goodall. Pamiętam jak zaczęłam go pisać miesiąc po śmierci biolożki. Przyniósł mi oczyszczenie, a wspominanie o tej wyjątkowej kobiecie dobrze mi zrobiło utwierdzając w przekonaniu, że wciąż słusznie myślę, i że jesteśmy w wielu kwestiach do siebie podobne. Szczególnie w podejściu do życia i dzieci. Jednocześnie rozpoczęłam pewien ważny pisarski projekt dla Greenpeace i jestem bardzo ciekawa efektu. Ale to się okaże za jakieś kilka miesięcy.

Orędowniczka nadziei

Na koniec koniecznie muszę polecić dokument, który nie tak dawno udało mi się obejrzeć. „The Mushroom Keepers.” To sugestywny film krótkometrażowy, który zgłębia zawiłe relacje między grzybami a społecznościami Khasi i Garo z Meghalaya w Indiach. Film skłania do refleksji i zachęca do ponownego przemyśleń jakie relacje wiążą nas ze światem przyrody, a wiadomo, że wiążą niepodważalnie. Etnomykologia to ciekawa dziedzina, poznajemy ją lepiej właśnie poprzez ten dokument, który jest wzywaniem do działania na rzecz ochrony grzybów i bioróżnorodności, który zachęca nas wszystkich do stania się strażnikami wiedzy przodków gromadzonej przez pokolenia. No i znowu jest śpiewanie do grzybów, nawoływanie – coś co osobiście praktykuję od lat spacerując po lesie, co wcale nie świadczy o byciu wariatką. Bohaterki filmu robią to samo przez co od razu skradły mi serce. Warto włączyć tłumaczenie po polsku – napisy pomagają. Link do filmu poniżej. Pa!

Więcej z serii „Dziennki” przeczytasz tu

lód
roztopy
Dzięcioł czarny
IMG 9003
IMG 9130
Skarpa Ursynowska

2 komentarze

  • Anonim pisze:

    Refleksja Twojej Mamy prosto z Ciechocinka : wyjechalam na 3 tygodnie z Warszawy , a juz choroby i wojna na świecie! Trzeba mi siedzieć w domu.
    Przyroda, jej piekno, zawsze i wszędzie potrafi ukoic nasze nerwy, przynieść spokój i uporządkować myśli. Piękno Wisły, szeroko rozlanej i rwącej, zapiera dech! I oto nagle nadlatuje wielki klucz łabędzi! Ten szum, znasz go, niesie się w ciszy. Bo, poki co , cisza jest. Ludzi nad rzeką na lekarstwo, za to w kawiarniach – komplety. Nam to pasuje. Wiosna nadchodzi, powoli skończą sie choróbska i rozpoczniemy działkowy, kochany czas.
    Zdrowiejcie szybko, prosimy!

Napisz komentarz