O wyprawie do lasu na borsuki i o tym kogo zamiast nich spotkam.


Dzienniki, które czytasz to zapiski fragmentów mojej uchwyconej codzienności i przemyśleń, pisanych z nutą nostalgii, czasem z odrobiną humoru, a czasem całkiem serio. Towarzyszą mi przyroda z grzybami na czele, ruch i kuchnia jako nieodłączne elementy mojego tak zwanego życia.


Sobota, 11 lipca 2026, Nad Narwią

Wyprawa na borsuki przybrała niespodziewany obrót. To były moje pierwsze trzy samotne godziny w lesie spędzone w jednym miejscu niemal nieruchomo. 

Wiedziałam gdzie są u mnie borsucze nory, ich M4 odkryłam dwa lata temu. W kolejnym roku też tam mieszkały. Wejścia były piaszczyste, wysprzątane, bez ani jednego listka czy gałązki. Jednym słowem lśniące, bo takie wejście do swojego „mieszkania” mają właśnie borsuki. Dlatego, kiedy się tym razem pojawiłam wiedziałam już, że żaden borsuk nie wynurzy tu pyszczka. Wszystko wskazywało na to, że borsuki się wyprowadziły, bo wokół wejść do nor panował bałagan i chaos. Nory najprawdopobniej przejęły lisy, dla których czystość przed „drzwiami” nie ma znaczenia. 

No trudno – pomyślałam i przysiadłam na zwalonej 15 m dalej brzozie. Na poszukiwanie borsuczych nor wybiorę się kiedy indziej, a teraz zobaczę co się zadzieje. Wlałam do kubeczka herbatę z termosu, zawiesiłam na szyi lornetkę oraz aparat i tak zaczęły się moje godziny w bezruchu gdzieś głęboko w lesie, w otoczeniu drzew, krzewów i budzącego się wokół mnie dzikiego życia.

Po jakimś czasie, ku mojemu największemu zaskoczeniu, zaczęłam słyszeć wszystkie dźwięki bardzo wyraźnie, nawet zamykałam oczy by rejestrować je jeszcze dokładniej. Widziałam średnio, mimo, że miałam nieodparte wrażenie, że mój wzrok się wyostrza. Okazuje się, że w nasłuchiwaniach najbardziej przeszkadza wiatr, ogłupia zupełnie i wtedy czuję największy niepokój. Właściwie bardziej to niepewność, bo już nie wiem czy to zbliża się jakieś zwierzę, czy po prostu szurają o siebie liście albo trwa rozmowa gałęzi.  Było bardzo sucho i przeszkadzało mi to że każdy mój ruch pociągał za sobą szelest liści pod nogami. Na szczęście na końcu drzewa były korzenie i wykrot a wokół nieco piachu – przeniosłam się bliżej by stopy dotykały ziemi z piaskiem i mchem. W razie czego uda mi się cicho wstać i być może zagłuszy mnie dodatkowo wiatr. 

Przez godzinę nie działo się nic, więc słuchałam ptaków – głównie kosów – bliżej godziny dwudziestej wciąż śpiewały. Nie przypuszczałam, że niebawem będę miała spotkanie życia.. Po mojej lewej stronie korona zwalonej brzozy na której siedziałam ginęła w gęstej zarośniętej części lasu. Po prawej miałam oko na piękny nie za gęsty sosnowy las wyściełany mchem, przed sobą wspomniane nory. Za plecami fragment lasu mieszanego – nie za gęstego i nie za rzadkiego. W pewnym momencie słyszę jedno donośne trzaśnięcie. Nastawiam uszu. Doszło z lewej strony, z tej gęstej, mrocznej części lasu. No pięknie. Serce mi przyspiesza, bo już wiem, że coś zrobiło krok. A potem nastaje cisza i tak trwa i trwa. Aż zerwał się wiatr. I potem ustaje. I znowu ta cisza. Rozglądam się powoli, tysiące myśli w głowie. A jeśli to myśliwy? Ambona jak dobrze pamiętam znajduje się jakieś 800 m ode mnie. A ja tu sama, tylko ze scyzorykiem. Szybko jednak uspokoiłam myśli – jestem bezpieczna, to tylko wyobraźnia płata mi figle. Ale czujności nie tracę. I wtedy się pojawia. 5 m ode mnie, nagle, znikąd, absolutnie bezszelestnie! Największy łoś jakiego widziałam, z ogromnymi łopatami na równie ogromnej głowie. Idzie obok mnie, przechodzi tuż obok i mnie mija. Tak po prostu. A ja nie mogę się ruszyć. Nie ma mowy bym sięgnęłam po aparat. Nie ma mowy bym zrobiła jakikolwiek skręt ciałem. Wiem, że łosie mają słaby wzrok, a ten kolos mnie nadal nie widzi, bo patrzy się przed siebie i przemieszcza się dalej. Skręcam za nim tylko głową, a może to wyłącznie moje oczy, podążają za łosiem? Nie pamiętam już. Wiem tylko, że wstrzymałam oddech na przynajmniej minutę, że w tej minucie świat przestał istnieć, że w czasie,, gdy przechodził obok byliśmy tylko my – on i ja. Ja taka malutka, on taki potężny.. A gdy zniknął ponownie w gęstwienie, a wraz z nim te wielgachne łopaty zostałam sama z głęboką ciszą wokół, która zagłuszyła nawet mój pełen emocji bezgłośny krzyk. Bez zdjęcia, którego zrobienie w tym całym przejęciu nawet nie przeszło mi przez myśl.

Spodziewałam się dziś każdego zwierzęcia, nawet wilków, których rodzina krąży po naszej okolicy, ale jakoś o łosiu zapomniałam. A przecież mamy ich tu całkiem sporo. I wiecie co mnie najbardziej zaskoczyło? Byłam pod wrażeniem, jak cicho łoś stąpał po dywanie suchych liści, a nawet jak zahaczał porożem o gałęzie, tak że nie było go słychać! Nic a nic! Jak to możliwe, aby taki olbrzym, który mógł ważyć nawet 600 kg poruszał się tak bezszelestnie i delikatnie? 

To było jedno z najbardziej niezwykłych spotkań w moim życiu.

Borsuki muszą poczekać. 

Asia

P.S. Jeśli czujesz, że chcesz dodać coś od siebie rubryka z komentarzem jest dla Ciebie.

Las

Napisz komentarz