Kiedy chcę odpocząć piekę chleb. Proces ten zaczyna się na długo przed rozpoczęciem odpoczywania – jakieś 5 dni “zanim”. W dniu pierwszym nastawiam zakwas, który hoduję przez kolejne 4 dni dodając codziennie mąkę i wodę. No bo ten chleb, ten prawdziwy i najsmaczniejszy to przecież jest najprostrzy – woda, mąka, sól. I na upartego NIC więcej. Właściwie to na tego upartego to dopiero można do niego co nieco dorzucić, ale to też na sam koniec. Ja tuż przed wypiekaniem, w dniu piątym, dodaję kminek, bo wtedy nasz drogi żołądek lepiej trawi mąkę żytnią. Tak, mój chleb z mąki żytniej.

Więc kiedy odpoczywam? Kiedy sięgam po fartuch, kiedy zawiązuję go wokół bioder, następnie przemasuję ręką szyję, podwinę rękawy, umyję ręce pod ciepłą wodą, osuszę je bawełnianą ścierką, by na koniec jak w modlitwie na “amen” zanurzyć powoli ręce w lepkim cieście. I tak ugniatam je przez 15 min, a nogi wtedy ugniatają podłogę – jak kot kołdrę. Właściwie to taniec. W tle muzyka. Tyle czasu wystarczy mi by odpocząć.

A potem chleb sobie rośnie spokojnie w formie przez 5 godzin, potem się piecze gwałtownie przez godzinę. I znów studzi przez 2… I pachnie.

To jest ten moment, kiedy nucę pod nosem melodię, kiedy czuję się sobą, kiedy jestem panią mojego ciała, brzucha i “dziewczyną od chleba” dla tych, których nim w najbliższej przyszłości poczęstuję. I to jest też ten czas, kiedy mam świadomość, że dzień po jego upieczeniu do kuchni wparuje mój syn i powie “Mamo upiekłaś swój chleb?”, by za chwilę zanurzając zęby w kromce i z pełną jeszcze buzią orzec zachłannie “Pycha!”

A ja nie mogę się z Nim nie zgodzić.

Pozdrawiam Was gorąco i kuchennie,

Zrzut ekranu 2018 07 06 o 20.31.10
Zrzut ekranu 2018 07 06 o 20.30.58
Zrzut ekranu 2018 07 06 o 20

Napisz komentarz