Całe danie jest proste niezwykle, ale i wyjątkowe! Dynia też nie byle jaka, bo tzw. makaronowa. Okazuje się, że nazwa nie jest wcale bez sensu! W ogóle to byłam zaskoczona jak mi pani na targu pokazała tę niepozorną dynię, wyglądem przypominającą owalnego melona miodowego, nazywając ją makaronową. Za chwilę widząc moje zaciekawienie dodała, że robi się z niej makaron, i że sprzedaż tej dyni cieszy się największym powodzeniem. “No niech zobaczy pani kochanieńka, tylko kilka sztuk zostało! Po upieczeniu miąższ zamienia się w makaron, a w smaku też inna niż te pomarańczowe. Zobaczy Pani.” No czary jakieś. Musiałam kupić – chciałam zobaczyć ten makaron! Strzał okazał się absolutnie trafiony.

W domu postanowiłam zacząć od klasycznego “spaghetti”, z pomidorami, ale z pewnym dodatkiem, który od czasu mojego pobytu w hotelu w Krośnie chodził mi po głowie. Na kolacji poczęstowano mnie czymś genialnym. Był to upieczony jak cebulka, chrupiący jak grzanka por, a posypany był nim krem z borowików. I tak zrodził się pomysł na danie dnia..

Zaczynamy!

Dynia: kroimy ją wzdłuż na pół, wyciągamy pestki palcami lub łyżeczką i wkładamy do rozgrzanego piekarnika (200 st) na ok 20 min.

Sos, czyli pomidory: Podczas pieczenia dyni zabieramy się za sos. Bierzemy 2-3 średnie pomidory malinowe, po sparzeniu zdejmujemy skórkę, kroimy na ćwiartki wyjmując gniazdo i wrzucamy do garnka. Rozgotowujemy, dodajemy suszonego rozmarynu, trochę soli i miksujemy na w miarę gładki sos. Można dodać też 1-2 ząbki czosnku podczas gotowania, jeśli ktoś woli pikantniej lub szczyptę pieprzu. Ja dodałam jedyni ususzony tymianek z rozmarynem.

Por: Tu przyznam się, że długo eksperymentowałam zanim dostałam takiego pora na jakim mi zależało. Oczywiście nie wiedziałam w czym tkwiła tajemnica smaku pora z hotelu… Jeden por się spalił w piekarniku, drugi na patelni, trzeci był bez wyrazu i nie chrupał. Dramat w trzech aktach. W końcu mnie olśniło – pokrojonego w cienkie plasterki pora (tylko białą część) oprószyłam mąką i dodałam trochę tartej bułki. Wymieszaną całość wrzuciłam na rozgrzaną z oliwą patelnię i podsmażyłam, aż por z mąką i bułką ładnie się podrumienił (wychodzi ok. 5 min cały czas mieszając). Na koniec odrobinę posoliłam dobrą solą himalajską et voila!!! Miałam to!

Jak robię danie: Miąższ z upieczonej, jeszcze ciepłej dyni wyjmuję, pełna zaciekawienia, łyżką i co się okazuje? Że wyjmuje się go w postaci makaroniku! Niemożliwe! 🙂 Od razu proponuję ułożyć go na talerzu, ew lekko posolić – ale to niekonieczne. Można też polać dynię dosłownie kapką oliwy z oliwek. Połówka dyni to jedna porcja – zatem jedna dynia to idealne danie dla dwóch osób. “Makaron” polewamy dowolną ilością sosu pomidorowego, a na koniec na sos kładziemy po solidnej łyżce upieczonego chrupiącego pora…

Kiedy wzięłam pierwszą porcję do ust aż zamknęłam oczy i stęknęłam. To było to połączenie. Ta dynia, ten sos i ten por. Mam nadzieję, że i Ty tak poczujesz. Niebo w gębie.

Bon Appetit!

Napisz komentarz