Jestem z siebie dumna. Po pół godzinie latania z nożyczkami po dolnośląskiej łące wróciłam do auta z całym koszem kwiatów mniszka lekarskiego. Nazwa jest już dla mnie jasna. Roślina ma właściwości lecznicze, działa antyseptycznie i przeciwzapalnie niszcząc zarówno bakterie i wirusy. Jest szczególnie skuteczna w leczeniu infekcji górnych dróg oddechowych, do stosowania także codziennego, profilaktycznie w celach odpornościowych. I można z mniszka zrobić z syrop, a wręcz łudząco podobny w konsystencji i w smaku “miód”. Mój wygląda jak gryczany i nie zrobiła go pszczoła, tylko ja!

Dzielę się z Wami przepisem. Zapraszam!

Kwiaty mniszka lekarskiego, potocznie zwanego mleczem, zrywamy w maju, kiedy kwitnie jak szalony. Najlepiej w słoneczny, ciepły dzień. W tym roku było tylko słońce, bo o ciepłej wiośnie nie ma co marzyć.. Ale kwiaty były, łąka zarosła nimi jak szalona.

Zebrałam cały kosz, myślę, że ok. 4 litrów. Niech Was jednak ta ilość nie zmyli – syropu (bynajmniej nie koloru złotego) otrzymałam niewiele, bo ponad 1 litr.

Robiąc miód wybrałam nieco bardziej pracochłonną wersję.

Co potrzebujesz:

4 l kwiatów

1 l wody

1 kg cukru (500 g trzcinowego i 500 g muscovado dark firmy „Billington’s -użyłam jakościowo jak najlepszego cukru)

2 cytryny

4 goździki

sitko, lejek, gaza, słoiczki, buteleczki (jak kto woli)

Jak robimy:

Wysypujemy kwiaty na papier do pieczenia i pozwalamy uciec żyjątkom. U mnie było ich niewiele, wygląda na to, że wytrzęsły się w koszyku podczas 4 godzin jazdy autem.

Wspominana bardziej pracochłonna wersja to… użycie do „miodu” samych płatków kwiatów. Ale jest na to rada: nożyczki, film w tle, albo dobra muzyka. Obcinanie płatków do garnka zajęło mi ok 45 minut – nic takiego. Dzięki temu mam pewność, że nie dostanie się do syropu charakterystyczna goryczka z mleczka (choć można użyć całych kwiatów – aż tak dużej różnicy nie będzie).

Płatki wrzuciłam do garnka razem z goździkami i zalałam 1 litrem gorącej wody, ugniatając by się zanurzyły – wchłaniają jednak szybko wodę tworząc rodzaj papki. Całość gotuję pod przykryciem na małym ogniu ok 30 minut. Już wtedy kolor soku robi się podobny do mocno zaparzonej herbaty. Na koniec wrzucam pokrojoną w plastry cytrynę – oczywiście wcześniej umytą dokładnie i sparzoną. Taką mieszaninę zostawiam na noc.

Rano przecedzam całość przez sitko wyłożone gazą do drugiego garnka – ciemny wyciąg z płatków i cytryny wyciskam w dłoni jak gąbkę.

Soku mam ponad litr. Dodaję oba cukry i rozpuszczam podgrzewając. Gotuję na małym ogniu (by nie bulgotało) ok godziny. W tym czasie wywar gęstnieje pomalutku przypominając konsystencją syrop. Głęboki, brązowy kolor mnie zachwyca. Po godzinie przelewam syrop przez lejek do wyparzonego litrowego słoika i do buteleczki (200 ml). Resztę z garnka wylizuję. „Co za smak! Jak miód!” – krzyczę z niedowierzaniem w myślach. Wlewam resztę do kubka i zalewam ciepłą wodą – piję. Potężna dawka węglowodanów – co za słodycz.

Odkąd mam syrop w domu piję łyżeczkę dziennie – albo wzmacniająco jako syrop na gardło, albo słodząc herbatę, albo dodając do sosu do sałatki (wymieszałam łyżkę z oliwą z oliwek – boskie!), albo z wodą o poranku, albo, albo..

Bon Appetit!

Zrzut ekranu 2018 06 30 o 23.28.45
Zrzut ekranu 2018 06 30 o 23.29.41
Zrzut ekranu 2018 06 30 o 23.29.02

Napisz komentarz