Ach ta Wanda…

„Tam są takie granitowe turnie wysokości dwudziestu, trzydziestu metrów, poutykane w środku liściastego i świerkowego lasu… No i po pierwszej wspinaczce (…) zrozumiałam, że to jest to. Nie rozpatrywałam tego w kategoriach rozumowych, ja to po prostu poczułam. (…) Zapach rozgrzanej w słońcu skały, zapach porostów i mchów na tej skale, kolory drzew dookoła, kolor skały też różny. I właśnie te małe, niewielkie górki, bo tak to mogę nazwać, małe, niewielkie turnie granitowe zapoczątkowały miłość do końca życia.”

Wanda nikogo nie słuchała i tak naprawdę nie miałem wpływu na to (mówi Bogdan Jankowski), jaki wybrała sposób na życie. Chciała ciągle więcej i więcej, wciąż jej było mało. Była szczęśliwa momentami, gdy coś osiągnęła, i starała się kolejnymi szczytami przedłużać to szczęście.

„Jedyne doświadczenie, które tak naprawdę funkcjonuje, to jest takie, że właściwie żadne doświadczenie nie jest przydatne (…). Nie ma w górach jakiegoś złożonego schematu, który sprawnie funkcjonuje od początku do końca.”

Mama Wandy kiedyś powiedziała, że „jak będziemy mieli okazję pojechać w Himalaje, to żebyśmy nie wchodzili na Kanczenczongę. To znaczy, żebyśmy nie stawali na samym wierzchołku tej góry, bo to jest niby rewir bogów. Tłumaczyła nam (opowiadał to Janusz Fereński), że jest taka legenda i koniecznie trzeba to uszanować. (…) Niestety, jak pokazała potem historia Wandy, jej matka miała rację.

Wanda nie była zadowolona  ze swojego życia.

„Wanda” to świetnie napisana książka. Niestety to wstrząsająca opowieść o samotności i poszukiwaniu perfekcyjności, o usilnym poszukiwaniu szczęścia, niezaznanej miłości, o życiu jedynie momentami zabarwionym radością. Opowieść smutna i jeszcze raz smutna, z trzema tragicznymi wydarzeniami w życiu jednej, lecz podzielonej rodziny.

Trzeba przeczytać, bo to historia Polki, o której pisał cały świat, historia, która miała miejsce naprawdę i mogła jeszcze trwać. Ale z górami się nie dyskutuje.

IMG 0561 1
fullsizeoutput 2241

2 komentarze

Napisz komentarz