Jest taka jedna góra na milion, albo na tysiąc, albo po prostu dla kogoś ta jedyna wyjątkowa. Dla mnie jest nią Matterhorn. Kiedy przyjechałam do Zermatt niebo zalewały bałwaniaste, waciaste chmury. Nie wiedziałam gdzie jej szukać. Nerwowo obracałam co chwilę głowę, wypatrując choćby kawałka zbocza, czubeczka, a tu nic. I kiedy usiadłam z kawą na ławeczce ogarnąć ostatnie dopakowanie plecaka przed ruszeniem do bazy noclegowej na Gornergrat (3100 m n.p.m.) podniosłam głowę i jakbym na chwilę straciła oddech. Pozwoliłam stanąć sercu, by zaraz mogło zatańczyć jak oszalałe, mocno, w euforii. W brzuchu poczułam ucisk jak na pierwszej randce, najpierw zimno, chwilę potem ciepło. Huśtawka nieopanowanych emocji. To jak zakochanie. Góra patrzyła na mnie jak spode łba, zakrzywiona lekko w lewo, jakby analizując kim jestem, czy jestem nowa.

Tak byłam nowa, żółtodziób kompletny. Gapiłam się bezmyślnie, choć myśli miałam wiele. Ta Góra mnie połknęła, na raz, chlust-bez-popitki. Wiedziałam, że czekają mnie dwa niezwykłe dni, bo już teraz czułam się szczęśliwa mogąc na nią patrzeć z dołu. By być bliżej, trzeba było pobiec wyżej, choćby tylko po to, żeby się z nią zrównać. To była wycieczka bez wliczonego dotyku. Zresztą nie potrzebowałam nic więcej. To jak z człowiekiem – czasem wystarczy, by był obok. Potem pragniesz się zbliżyć, powoli. Matterhorn tak działał.

Gornergrat to szczyt leżący między dwoma lodowcami: Gornergletscher i Findelgletscher. Czekał ok 4h drogi z Zermatt, i trzeba było wdrapać się na ponad 3 tyś. metrów. Czekał mnie pierwszy nocleg na takiej wysokości i na dodatek w takim niezwykłym miejscu. Kulmhotel Gornergrat to obserwatorium i jednocześnie najwyżej położony hotel w Alpach. Miejsce wymarzone do podziwiania zachodu i wschodu słońca z Matterhornem w roli głównej. Jakże samotna jest ta góra. Może dlatego taka piękna, taka pociągająca?

Patrząc jak idzie spać, jak się budzi w słońcu zakładając swoją płomienną koronę, a potem otula chmurami niczym puszystym szalem, bujałam sobie w obłokach. Zaczęły pojawiać się myśli o kolejnym spotkaniu, wyobrażałam sobie i planowałam. I choć wszystko w swoim czasie, powolutku, pomaleńku, wiedziałam, że następnym razem jak tu przyjadę będzie inaczej. Zobaczymy się z bliska. Dotyk za dotykiem. Krok za krokiem, wyżej i wyżej. Czy na czubek? Nie wiem. Wiem na razie tyle, że Matterhorn ciągnie i to bardzo. Co jeszcze wiem? To np., że na 3 tyś śpi mi się normalnie, czyli dobrze, że miałam sen jak to pękła mi sznurówka podczas biegu, że da się całkiem nieźle biegać. Wszystko tu proste, realne i takie zwyczajne. Nawet mój sen. Jakbym tak żyła od zawsze.

Po wschodzie słońca idę spać drugi raz. Znów otwieram oczy, widok z okna odurza, odbicie w oknie jest zaskakująco nielustrzane. Potem piję tę kawę i nawet siedząc do niej nieelegancko plecami czuję jej obecność. Królowa jest tylko jedna. A może to król? Tymczasem gdzie nie obracałam głowy – Matterhorn tam był, raz bliżej, raz dalej – wciąż tak samo piękny i ani na chwilę mniej odosobniony – samotny wśród szczytów.

Alpy powyżej 2,5 tyś to Księżyc, Mars, może i Wenus. Na pewno nie trzeba lecieć w kosmos, by poznać smak innej planety dostarczając sobie nowych wrażeń. Na Ziemi jest wystarczająco dużo miejsc wprawiających w zachwyt, osłupienie. Przekonuję się o tym za każdym razem, kiedy otwieram w górach oczy.

Napisz komentarz